Wszyscy Polacy narzekają ostatnimi czasy na wzrost cen. Zresztą Polacy zawsze narzekają, że wszystko jest za drogie. Ale teraz wzrost cen spowodowany jest inflacją, z którą zdaniem prezesa NBP Sławomira Skrzypczaka borykać będziemy się jeszcze przez ponad rok, a dopiero na przełomie 2009/2010 osiągnie ona poziom celu Narodowego Banku Polskiego (ładna, długa nazwa, a tak naprawdę chodzi o 2,5%). Nie wiem tylko czy można wierzyć jego słowom, ponieważ w październiku zapowiadał on osiągniecie celu już w grudniu 2007 r., w listopadzie zaś, że na początku tego roku. Jak widać Nie jest on stały w zapowiedziach.

Ale skąd mogą się brać nasze problemy z inflacją. Na pewno z nadmiernej działalności kredytowej banków (zadłużenie gospodarstw w ciągu roku wzrosło z 188,5 mld zł do 260 mld zł), wzrostów ropy, wzrostu popytu gospodarczego, z salda gospodarczego (jeśli się nie mylę, to co roku Polska więcej wydaje, niż sama posiada w budżecie) oraz z recesji na rynkach światowych (zwłaszcza w stanach i w zachodniej Europie, ale to w małym stopniu). A w tym roku grozi nam jeszcze podwyżka gazu i prądu.
Nadzieją na jej szybkie obniżenie byłby spadek cen ropy na światowych rynkach, ale w to nikt chyba nie wieży. Niektórzy uważają, że pomóc by mogły duże, urodzajne plony tego roku, ale patrząc przez okno jakoś nie wierzę, żeby pola nam obrodziły. Jeśli taka zmienność pogody się utrzyma, to wiele roślin może nie przetrwać do lata.
W celu obniżenia inflacji NBP obniżył stopy procentowe w styczniu i lutym, ale czy nie było to trochę za późno. Odczuwalne tego skutki będą dopiero za rok. Wzrost inflacji nie następuje z dnia na dzień. Niektórzy ekonomiści twierdzą, że obniżenie stóp powinno nastąpić już w listopadzie. Dlaczego więc NBP tak długo zwlekało? Może miało nadzieję, że wszystko się samo ureguluje.
Teraz na szczęście w celu jej zmniejszenia nikt nie będzie “produkował” bezrobocia, aby obniżyć popyt, a za razem inflację, jak to miało, niektórych zdaniem, miejsce w latach 90.
Obecnie z krajów członkowskich Polska ma największy wzrost cen żywności (nie licząc Litwy i Węgier), sięgającą poziomu 8% rocznie. Wzrost ten podnosi ogólny wzrost cen zaledwie o 2,1% rocznie, który sięga 4,2%. Ale nie zapomnijmy, że są to dane liczone przez GUS. W EU inflację liczy się systemem Harmonised Indices of Consumer Prices, który wskazuje na jeszcze większy jej poziom w naszy mkraju.
Co nam pozostaje? Tylko zaciśnięcie pasa i czekać, aż komuś sie przypomni, że chcemy wejść do strefy euro i doprowadzi do tego, co było w 2003 roku (0,8% inflacji).










No comments
RSS dla komentarzy tego wpisu